Przewędrowałem wiele krain w poszukiwaniu utraconych ziem, z których wygnały mnie narodziny na tamtym świecie, szukając także istot mi podobnych Bernard Shaw
Kategorie: Wszystkie | Książki | Zdjęcia
RSS
piątek, 29 kwietnia 2011
Anne Bishop "Córka Krwawych"

Z okładki książki

 

W świecie Mrocznego Królestwa, przepełnionego zdradą i korupcją, zasady ustalają Krwawi - rasa czarownic i czarnoksiężników, których moc określają magiczne Kamienie...
Przed ponad 700 laty czarownica sabatów Klepsydry ujrzała spełniającą się starożytną przepowiednię - nadejście najpotężniejszej Królowej w historii Krwawych, żywego mitu, Czarownicy, która posiadać będzie więcej mocy niż sam Wielki Lord Piekła.
 Przepowiednia zaczyna się spełniać... 



 

Żeby książka była moja, muszę ją oswoić, przełamać chęć zimnej oceny nadmiernego krytykowania, dać się ponieść autorowi. Anne Bishop to się bez wątpienia udało, stworzyła świat w którym można się zanurzyć, z przyjemnością dać się porwać wydarzeniom bez nadmiernej analizy w czasie lektury. Refleksje przychodzą później co nie umniejsza przyjemności ze śledzenia akcji książki ale porządkuje pewien chaos odbioru.

Po przeczytaniu pierwszej części, zdaje sobie doskonale sprawę że nie jestem w stanie ocenić całego zamysłu powieści który towarzyszy autorce.  Nie byłabym jednak sobą, gdyby w moim umyśle nie trwała swoista analiza tego co podarowała czytelnikom Anne Bishop.

Najbardziej zachwyca mnie koncepcja Ojca, Brata, Kochanka. I to jest w mojej ocenie siłą tej powieści. Nie umiem jeszcze ocenić na ile jest to zamysł świadomy czy też moje skojarzenia są przypadkowe. Ale brnę dalej ponieważ sama Bishop nieustannie odwołuje się do płaszczyzny tradycji chrześcijańskiej w której wiodącym fundamentem jest Ojciec, Syn i Duch Święty. Ale ja w swojej nadinterpretacji sięgnę jeszcze głębiej, bo dla mnie to metafora trójwymiarowej przestrzeni.  Zupełnie pozbawione sensu? Możliwe, ale jakże przyjemnie jest postawić taką oto tezę. Pierwszy wymiar- wysokość to Saetan- Ojciec, ten pierwszy najwyższy, przynajmniej z pozycji w której poznajemy go. Drugi wymiar to szerokość- Lucivar, czyli ktoś pod kogo opiekuńczymi skrzydłami można się schronić na którego można zawsze liczyć. I trzeci wymiar głębokość – Daemon, który sięga istoty jestestwa.

Najważniejszy z wymiarów to ten czwarty, czas, jest nim Jaenell. Czas bez którego nic nie ma sensu. To on ma władzę nad pozostałymi płaszczyznami. Dlatego życie tych trzech mężczyzn, nabiera nowego wymiaru, kiedy pojawia się Czarownica. Jej „zwiastowanie”, oczekiwanie, oraz nadzieja na zbawienie świata wraz z tą nową siłą są następną analogią do Biblii. Pod postacią Jaenell pojawia się pewna energia która była, która się ucieleśniła i będzie zawsze by dawać nadzieję i w konsekwencji być siłą sprawczą zmian. Pomimo tego że posiada ogromną moc nie może oddalać wszystkiego co złe od siebie. To na pierwszy rzut oka może wydawać się być brakiem konsekwencji, najpotężniejsza a nie jest w stanie przeciwstawić się złu przeciwko niej samej. Ale to cierpienie którego doznaje lub będzie doświadczać w przyszłości ma ogromne znaczenie. Przybliża Jaenell do śmiertelników.

Ilość tych analogii do chrześcijaństwa jest przytłaczająca, chociażby motyw kielicha który jest tak istotny. Ale to wszystko to mistyka która determinuje pomysł Bishop. Nie wiem na ile jest to zabieg świadomy, ale na pewno z mojej perspektywy zauważalny i bardzo ciekawy. I chce prawie wykrzyknąć „cóż sobie Pani wymyśliła nowe przymierze pomiędzy SaDiablo i Angelline?”.To się nie może udać, ale z uwagą przeczytam jak Pani z tego wybrnie.

Tak jak pisałam wcześniej muszę oswoić świat tej powieści, który budzi we mnie pewne zmieszanie. Jest ono konsekwencją zapewne braku znajomości reguł powieści świata fantasy. Gubię się więc w logice tła, bo mój umysł chce uczepić się znajomych form, przyporządkowania epokom czy schematom. I to zawahanie nie dotyczy magii ani nadprzyrodzonych możliwości, ono dotyczy codzienności która gdzieś tam przebija przez losy bohaterów a mnie odrobinę drażni. Dostrzegam także kalki, od którym nie mogę się uwolnić. Jest nią np. postać mentora, pięknego i strasznego w swych czynach oraz postać kobiety zamkniętej w ciele dziecka. Obrazek wprost wyjęty z „Wywiadu z wampirem”. I to przechadzanie się po tej krawędzi pożądania do Czarownicy dziecka. Jestem tak zmanipulowana przez autorkę że natychmiast wybaczam wszystko Daemonowi, zaś nie mogę zrozumieć ludzi w Briarwood. Ciekawy zabieg z moralnego punktu widzenia, ale to tylko znajomość motywów jest siłą sprawczą perspektywy z jaką przyglądamy się danym sytuacjom. A te sytuacje w dużej mierze są napędzane przez seksualność która staje się osią wokół której toczy się powieść. Jednak te filary z niej zbudowane momentami są dla mnie zbyt ciężkie, zbyt wiele ich. Choć oddaję prawdę autorce, konstrukcja ma sens i porządne fundamenty.

Mężczyźni: ojciec, brat, kochanek. Saeton wydaje mi się tak bezbronny w swojej nieuświadomionej miłości ojcowskiej, niespodziewanej nie tylko w stosunku do swej duchowej córki Jaenell ale także do swych synów. Lucivar- jest go za mało w pierwszej części by coś więcej napisać, ale jego cień towarzyszy wszystkim. Daemon, wiem o nim najwięcej. Jest tak blisko, za blisko…



sobota, 28 sierpnia 2010
INCEPCJA - a więc wszystko jest snem

 

 

Droga do odkrycia tego filmu wcale nie była standardowa, ani trailler, ani recenzja czy opinia znajomego, nie przyczyniły się do tego by obejrzeć ten film. To muzyka Zimmera mnie do niego doprowadziła i bez większej świadomości o czym dokładnie jest fabuła wybrałam się na niego. Tak lubię najbardziej oglądać, bo wtedy nie mam bagażu oczekiwań które szybko potrafię zamienić na rozczarowania

Pisząc o tym filmie przychodzą mi na myśl takie oto słowa taoisty Zhuangzi (około 380-320 p.n.e.), który twierdził :

"Jakże mogę wiedzieć, czy pragnienie życia nie jest tylko złudzeniem? Jakże mogę wiedzieć, czy lęk przed śmiercią nie jest tylko strachem dziecka, które zbłądziło i nie potrafi znaleźć drogi do domu?" - pisze Zhuangzi.
Względność możliwości poznania obiektywnej rzeczywistości wyraził w cytowanej opowiastce o śnie: otóż przyśniło mu się kiedyś, że jest szczęśliwym motylem, a kiedy obudził się, nie wiedział, czy to jemu, Zhuangzi, śniło się. że jest motylem, czy też motylowi śniło się, że jest Zhuangzi.”

Ta przypowieść o śnie, powraca co pewien czas do mojej świadomości, a jej koncepcja wydaje mi się nadzwyczaj atrakcyjna żeby nie napisać wprost, znajoma. Nie dziwi więc fakt że założenia Incepcji tak mi się podobają, bo to film o ingerencji w sen , jeden z bardziej intymnych schronień które posiada człowiek. Temat snu nie jest z pewnością nowy, ale dający możliwości w tworzeniu nieograniczonych światów, zacierania śladów między rzeczywistością a iluzją.

W sali kinowej, niespodziewanie dla siebie samej poddałam się  szaleństwu, poddałam się reakcjom który wydawały mi się dawno odeszły wraz z okresem dzieciństwa, kiedy akcje śledzi się z zapartym tchem, ściska się kciuki by się udało, a jedynym uczuciem po wyjściu z kina jest ochota by zobaczyć to jeszcze raz. Ze zdziwieniem także stwierdziłam że już nie mogę, przez chwilę przynajmniej, zanurzyć się w innym obrazie, bo ciągle mój umysł jest bombardowany scenami z tamtego filmu. Podobnie czułam się po Matrixie a reżyser i scenarzysta „ Incepcji” Christopher Nolan wcale nie kryje że jak najbardziej zapożyczył pewne schematy od braci Wachowskich

Czym jest ten film? Doskonałym kinem akcji - niewątpliwie. Przypowieścią o życiu, jego prawdach z tysiącem pytań egzystencjonalnych -z pewnością nie.  Choć kilka prawd z pewnością można wydobyć z fabuły.  Ale jest jakaś magia w tym obrazie, jego konstrukcji, bo pomimo tego że widzę tysiące rzeczy które mogłabym wyśmiać, czepiać się, wybrzydzać, po których autor po prostu ślizga się, to pragnę napisać że ta jazda figurowa bardzo mi się podoba jako całość i nie chce jej rozbierać na części pierwsze, pragnę zamknąć na to oczy by delektować się całością. Aktorzy to ludzie których lubię i to bardzo. Nie dostrzegam w ich grze słabych ogniw, a nazwiska na liście płac, oj robią wrażenie i to bardzo . Wszyscy właściwie mi się podobają w swoich kreacjach ze wskazaniem na Toma Hardiego. Mam świadomość tego że często zachwycam się filmami które dla innych są obrazami o niczym, bo jest coś co przyciąga moją podświadomość, drażni ją . Taki jest właśnie ten film, ten temat , to tępo akcji, ta muzyka.  Wiem także  że wiele osób bardzo pastwi się nad tym obrazem, nie podoba im się kompletnie, twierdzą że komercja w nim króluje oraz schematy łatwe do przewidzenia. Szanuje to i jestem w stanie nawet zrozumieć.  Ale to właśnie Incepcji udało się wyrwać mnie z rzeczywistości i nikt mi tego nie odbierze, nawet najbardziej zjadliwe recenzje. Każdy musi przekonać się sam, jak skuteczna jest Incepcja Nolana.

 

Kilka cytatów poniżej (zamiast streszczenia), to tak naprawdę opis fabuły, istoty tego na czym opiera się Incepcja. Jak widać inni już to wcześniej dokładnie nazwali i sprecyzowali, Nolan pokusił się tylko o iluminacje w postaci obrazu może nie bardzo głęboką ale jakże fantastyczną.

„A więc wszystko jest snem czy raczej w stanie snu. Snu albo „kamiennego”, wyrzutego ze snów, albo „fantastycznego”, rojącego o jawie. „Kamienny” sen bez snów, jakby znużony sobą, staje się snem o jawie. Aż udręczony nim , wraca do snu bez snów. I tak się toczy to w koło- bez końca, nie wiedzieć czemu. Bo nie wiadomo kto śni i nie wiadomo dlaczego. Wiadomo tylko jedno; że śnienie nie jest beztroskie. Doskwiera albo nuda (bezmiar, bezruch, bezludzie), albo cierpienie i strach(niedosyt, niedomiar, niewiedza)

W tak rozpoznam świecie człowieka właściwie nie ma. Jest on zaledwie miejscem, gdzie uobecnia się sen; który złudnie przedstawia jako odrębny byt, różny od całej reszty.”

Antoni Libera „Godot i jego cień”

„Sen był skomponowany jak wieża z niezliczonych warstw, wznoszących się i ginących w nieskończoności lub też zniżających się koliście i gubiących we wnętrznościach ziemi. Kiedy mnie porwał w swój wir, zaczęłam krążyć po spirali, która była labiryntem. Nie było dachu ani podłogi, ścian ani powrotu. Były tylko tematy, regularnie się powtarzające”

Julio Cortazar „Gra w klasy”

 

„Sen - to rozplątywanie w zupełnej ciemności tego, co zostało poplątane w pełnym świetle”

Władysław Grzeszczyk „Parada paradoksów”

środa, 11 sierpnia 2010
Marzycielka z Ostendy Eric-Emmanuel Schmitt

 

Do tej pory przemykałam obok tego autora, wiedziałam że istnieje, słyszałam że wielu jego twórczość bardzo się podoba ale osobiście nie mieliśmy przyjemności.

Dopiero książkowy kryzys  na wakacyjnym wygnaniu pozwolił mi odrobinę poznać Schmitta. I znowu powtórzyła się ta scena, gdy zaczynam pierwszą stronę książki i już wiem że ktoś pisze pięknie. Nie ważne o czym, ważne jak. A tego często mi brakuje, formy formy drodzy czytelnicy która gdzieś umyka współczesnym pisarzom.

Dlatego tak pięknie jest czytać o sprawach zwykłych w niezwykły sposób. A to z pewnością Eric- Emmanuel Schmitt potrafi. Dlatego 5 opowieści składających się na ten zbiór opowiadań, odkrywa się z prawdziwą przyjemnością. Człowiek się nie męczy ale płynie za myślą autora. Właściwie te opowiadania można spiąć  klamrą pt. kobieta z przeszłością we współczesnym świecie. I nawet ta jedna przypowieść którego bohaterem jest mężczyzna, za oś wydarzeń obrała jednak kobietę. To właśnie "Przypadkowe lektury" najbardziej podobały mi się z całej piątki. Jednak każda historia opowiadziana przez Schmitta jest warta nie tylko lektury ale także rozważnia że rzeczy niezwykłe toczą się obok nas, a ludzie zwyczajni posiadają niezwyczajne tajemnice.

Polecam jako wakacyjną lekturę, może po dniu pełnym wrażeń, te krótkie historie ukołyszą rozedrganie przebytego dnia.

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Wydawnictwo:Znak
Liczba stron:256
Rok wydania:2009
Moja ocena:

 

wtorek, 10 sierpnia 2010
Kwiat śniegu i sekretny wachlarz Lisa See

 

Po rocznej przerwie wróciłam do Lisy See. I tak jak obiecywały blogerki rzeczywiście ta powieść jest lepsza od Miłości Peonii.

Kwiat śniegu to opowieść o życiu Lili, której przyszło żyć w dziewiętnastowiecznych Chinach. Lilia podlegała prawom i zwyczajom które były standardem w ówczesnym Państwie Środka. Dzięki temu śledzimy życie kobiety praktycznie od narodzin do śmierci która całkowicie podporządkowuje się obowiązującym normom społecznym. A był to okres trudny dla kobiet ze względu na ich status bezwartościowych ludzi. W każdej rodzinie czekano tylko na synów, to oni gwarantowali dobrobyt i szczęście. Narodziny córki były problemem chyba że istniały perspektywy wydania jej dobrze za mąż. Takie szczęście spotkało Lilie, która pochodziła z niezbyt zamożnej rodziny ale dzięki staraniom matki i opatrzności losu przeznaczono jej na męża bogatego człowieka. Jednak by ta droga jej awansu społecznego była bardziej wiarygodna zaproponowano związek laotong. To wyjątkowe więzy które łączyły dwie kobiety na całe życie, ale miały także pewne podstawy prawne. I to właśnie ten związek Lilii i Kwiatu Śniegu jest osią wszystkich zdarzeń. Bo nikt na świecie nie był ważniejszy niż laotong. Przyglądamy się więc  relacją dwóch kobiet, które były sobie ogromnie bliskie, bo łączyło ich nie tylko przeznaczenia ale i wspólne odpieranie rzeczywistości tamtych lat.

Mężczyźni w tej powieści nie istnieją, tak jak prawie nie istnieli w świecie ówczesnych kobiet, choć oczywiście to oni byli kreatorami świata zewnętrznego który otaczał boahterki. Zamknięte w swych posiadłościach nie tylko ze względu na problemy w poruszaniu się na bardzo małych stopach ale i z powodu norm obowiązujących, żyły w izolacji.  Relacje pomiędzy córkami, matkami, żonami i konkubinami były istotą istnienia, były sensem każdego dnia. To odrębny świat, który wymagał nie tylko znajomości praw nim rządzących, do tego wszystkie córki były przygotowane od dzieciństwa, ale także znajomości specjalnego pisma, którym porozumiewały się pomiędzy sobą kobiety. Ten język był pomostem który pozwalał wyrazić wszystkie uczucia, rozterki, bolączki teraźniejszości, osobom które przeżywały te same radości i smutki. Dla Lilli i Kwiatu Śniegu to wachlarz zapisany tajemnym pismem kobiet staje się kroniką życia obu bohaterek które połączyła niesamowita duchowa więź. Jest także księgą wzajemnego niezrozumienia i poczucia zdrady oraz straty ukochanej osoby.

 

Wszystko co dotyczy bohaterki jest obrazem który maluje nam ilustracje tamtych czasów. I to jest najbardziej interesujące dla mnie w tej książce. Nie rozterki uczuciowe i dylematy Lili ale właśnie ta fasada zbudowane wokół niej. Jest ona tyle doskonała że bez trudu przenosimy się w tamten okres próbując zrozumieć sytuacje w której się znalazła  Filtrujemy wszystko przez zachodnią cywilizację i otrzymujemy bardzo ciekawy obraz Wschodu, który nieustannie nas fascynuje i przyciąga. To właśnie te różnice są najcenniejsze w powieści See.

 

Autor: Lisa See
Wydawnictwo:Świat Książki
Liczba stron:352
Rok wydania:2004
Moja ocena:
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Elżbieta Cherezińska,moje dedykacje

Pomimo tego że błędnik mi zwariował dwa dni wcześniej, szłam na targi książki bardziej płynąc niż idąc, to jestem ogromnie szczęśliwa że dotarłam na spotkanie z autorką. To co w książkach było tylko zapowiedzią miało dokładne odzwierciedlenie w bezpośrednim kontakcie z pisarką. Jestem zauroczona Panią Elżbietą Cherezińską, jej wiedzą, erudycją , bezpośredniością czyli same ochy i achy. Dziękuje bardzo za wspólną dyskusje i czekam z niecierpliwością na nowe książki. A dla zainteresowanych donoszę że była rozważana możliwość kontynuacji losów Szczury  na blogu Północna Droga. Oczekuje i Szczury i Einara i wszystkiego co wyjdzie spod pióra Elżbiety Cherezińskiej.

To spotkanie było niezwykle energetyzujące i ważne. A oto dedykacje które otrzymałam, ja wierna fanka:)

 

 

 

sobota, 12 czerwca 2010
Philippe Besson .Powroty które nigdy nie nudzą

Philippe Besson moje prywatne koło ratunkowe

Czy kiedykolwiek opowiada się  historię inną niż własną?

Nie czytam niczego nowego. Zanurzam się w bezpiecznych powieściach które znam lubię a przede wszystkim przynoszą mi ukojenie. Autorem którego czepiam się obsesyjnie gdy zawirowania dnia codziennego zaczynają mnie przerastać jest Besson. Zdaje sobie sprawę że język tego pisarza jest specyficzny a temat wszystkich powieści zbliżony. I to niektórych z pewnością razi że tło i istota wszystkiego oscyluje wokół homoseksualizmu. Dla mnie to nie ma większego znaczenia, a może jest przez to jeszcze prawdziwsze? Wiem że dobrze rozumiemy się z Bessonem bo kochamy tych samych ludzi, te same miejsca, te same emocje. Każde zdanie wydaje mi się głęboko prawdziwe, każda opowieść staje się moją historią..

Zakochałam się w prozie Philippa Bessona czytając „Pod nieobecność mężczyzn”. To była gra pomiędzy mną a autorem ile jeszcze odnajdę szczegółów, odwołań i słów hołdu składanego naszym wspólnym idolom literackim. Ta zabawa mnie wciągnęła choć nie zawsze jest na równie wysokim poziomie. Może ktoś kto poszukuje poetyki słowa, uniwersum w prostym zdaniu, miłości jako epicentrum zdarzeń, odkryje dzięki tym kilku słowom geniusz francuskiego autora.

Wszystkie powieści Bessona to ciągle to samo studium, ta sama opowieść opowiadana od nowa. Te powroty nigdy mnie nie nudzą.

 

czwartek, 13 maja 2010
Elżbieta Cherezińska JA JESTEM HALDERD

 

 

Słucham nowej pieśni północy. Melodia prawie ta sama ale słowa zmienione, tym razem ogień je roznieca, wzburzone fale gnają przed siebie. Znowu jestem w średniowiecznej Norwegii, patrzę jednak innymi oczami, przeżywam życie wraz Halderd, to co jej pisane

A los niesie, słabych i nieudolnych rodziców, gorycz nieszczęścia i wygnania z powodu haniebnego czynu brata, bardzo wczesne małżeństwo by uwolnić się od biedy i goryczy. To jednak pozorna wolność, choć Halderd staje się żoną jarla Helgiego, jednego z 8 najmożniejszych Panów Północy, musi jednak się ugiąć . Przeznaczenie wrzuciło ją w ramiona męża prostaka, dla którego wojna oręż i alkohol są kolejnymi Bogami, a młoda żona jest pięknym dodatkiem do pozycji. Z kolei jej pozycja ciągle jest zagrożona więc musi dobrze wypełniać swe obowiązki by nie stracić łaski swego męża. Jest silna robi wszystko co nakazuje chwila: jest Panią Ynge, jest głową rodu gdy trzeba, jest kochanką na każde zawołanie, jest w końcu matką dorodnych synów. Ale czytelnik ma ten przywilej że wie, że pod tą potulną maską, jest uwięziona moc, mądrość i siła, które czekają tylko na przebudzenie. Ono nadchodzi za wcześnie, choć dobrze skrywane, w Haldard wybucha miłość do mężczyzny jej życia. To uczucie napędza już wszystko, z nim przychodzi wolność, ale dziwna i o gorzkim posmaku. Następuje przedziwny sojusz z nowym Bogiem, by mogła się liczyć w walce o dobro swych synów, całego klanu  i swego ukochanego. Chrystus kroczy obok niej ale nie razem z nią, nie podają sobie ręki.  Oto Halderd, która patrzy daleko poza czas w którym przyszło jej żyć.

Gdyby się tak zdarzyło że nie czytaliście Sagi Sigrun a sięgnięcie w pierwszej kolejności po "Ja jestem Halderd", nic straconego. Seria Północna Droga jest tak pomyślana że bez obaw można rozpocząć przygodę z prozą Elżbiety Cherezińskiej od tego właśnie miejsca. Ale ileż radości sprawia przenikania się światów dwóch kobiet, odkrywanie tego co zakryte dla Sigrun i wiedza o tym czego nidgy nie dowie się Halderd. Dlatego nie odmawiajcie sobie tej przyjemności i przeczytajcie pierwszą części cyklu bo te światy nie sposób oddzielić, choć bohaterki tak różne.

Jeśli Sigrud można porównać do spokojnie płynącego strumienia to Halderd jest rwącą rzeką. Jeśli czegokolwiek brakowało mi w Sigrud, Halderd wynagrodziła mi to. To kobieta obok której nie można przejść obojętnie; jest silna, jest mądra, przewidująca, pełna pasji. Jest wilczycą która z pozoru zimno i z rezerwą spogląda na świat, czasami uśmiecha się, pokazuje zęby, walczy o to co jej . Halderd nie chce siedzieć zamknięta w swej posiadłości, pragnie wpływać na losy otaczającej ją rzeczywistości, pogodzona jednak z każdym wyrokiem przeznaczenia jakie na nią spada. Zahartowana przez życie. Przetrwa, będzie cierpliwa, bo wie, tak jej przepowiedziano, jeden z jej synów będzie wielkim wodzem. Staje się ucieleśnienie wikinga zamkniętego w ciele kobiety, godna córka swej ziemi.

Trudno się uwolnić od porównań pomiędzy Sigrun i Halderd, przyszło im żyć w tych samych czasach, zmagać się z przeciwnościami w podobnych warunkach. Jednej i drugiej życie niosło co innego, obydwie szły z podniesioną głową, odnalazły się w tym świecie mężczyzn. Ale to moc Halderd jest siłą sprawczą zmian które poruszają światem.

 

Jestem ogromnie dumna, tak to właściwie słowo, że te powieści wyszły spod pióra polskiej autorki. Wielkie podziękowania dla p. Cherezińskiej za trud włożony w przygotowania, za świat który mi podarowała i emocje które lektura ta wywołała. Druga część serii jest dla mnie jeszcze prawdziwsza. Nic nie traci na wyrazistości szczegółów, niezmiennie narracja jest doskonała. Czekam z niecierpliwością na następną pieśń, już wiem że będzie o Einarze.

Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
Liczba stron:483
Rok wydania:2010
Moja ocena:
piątek, 11 grudnia 2009
RÓŻA SEWASTOPOLA Katharine McMahon

 

 

Czekałam na tę książkę. XIX wiek, romans, zapach prochu- wszystko mi pasuje. Tylko zawsze czai się ten chochlik w głowie, który podpowiada ze może ta Pani McMahon z tym całym dobrodziejstwem sobie nie poradzi?

 

Epoka wiktoriańska ze swymi ciasnymi gorsetami, konwenansami, dumą z brytyjskiego imperium miała także swoją odległą wojnę na której angielski żołnierz mógł się wykazać. Była możliwość zdobycia sławy a nawet orderu  lub z większym prawdopodobieństwem stania  się  inwalidą lub oddania swego życia za sprawę o której mało miało się pojęcia ale honor wymagał obecności Brytyjczyków.Wojna Krymska niewątpliwie stwarzała możliwości na zmiany.

 

Właśnie przeddzień przystąpienia do niej spoglądamy na dom Marielli Lingwood. Uporządkowanej panny, z niezbyt bogatego ale zasobnego we wszystko domu. Mariella to odbicie ówczesnej kobiety, ściśniętej w zasadach które jej wpajano od dziecka, nadwrażliwej, całkowicie podporządkowanej swojej rodzinie, obawiająca się nieznanego dla niej świata zewnętrznego, odnajdującej spokój w domowym zaciszu z igłą i nitką w ręku. Właśnie z tych powodów jej kuzynka Rosa Barr budziła w niej niepokój, strach i  fascynację. Rosa chciała nieustannie wszystko wokół siebie zmieniać, ciągle była w ruchu, wszystkiego była ciekawa, żyła ideałami. Pragnęła być przede wszystkim kobietą użyteczną dla społeczeństwa i mimo przeszkód ruszyła na wojnę by opiekować się rannymi żołnierzami.  Były to dla Marielli sprawy całkowicie niezrozumiałe, toczące się poza jej percepcją. Zapewne w ogóle nie zwracałaby uwagi na to co dzieje się na dalekim dla niej Wschodzie, gdyby jej narzeczony Henry Tawell oraz jej kuzynka Rosa nie trafili w tę zawieruchę. I to kłopoty z Henrym oraz tajemnicze zniknięcie Rosy pchnęły ją, niespodziewanie dla niej samej, na Krym.

McMahon skorzystała z okazji by całkowicie przewrócić  posegregowane z taką pieczołowitością życie młodej Angielki.  Mariella  dopiero tak daleko od domu porządkuje relacje osób jej najbliższych, zaczyna spoglądać na świat takim jakim jest.Nieustannie ściga wspomnienie Rosy, która rozpłynęła się na wzgórzach Sewastopola.

Jeśli spodziewaliście się że jest to wielkie epickie dzieło, to Was rozczaruje. W tej płaszczyźnie autorka sobie nie radzi. Niewątpliwie dobrze przestudiowane wydarzenia tamtego okresu. Odnajduje tu pewne ciekawe połączenie odpowiedzialności za klęski wojenne i  osobiste głównej bohaterki w osobie dr. Henry Tawella. To właśnie nieodpowiednie przygotowania a potem opieka medyczna w dużej mierze przyczyniła się do śmierci wielu żołnierzy podczas tamtej wojny. Niewierność tego męskiego ideału, jakim był dla Rosy Henry, pcha ją do czynów wykraczających poza przyjęte konwenanse.

Ta powieść jest po trosze jak jej główna bohaterka, toczącą się opowieścią niczego głębiej nie dotykającą. McMahon nie wykorzystała także możliwości realistycznego tła dla swoich postaci. Miałam ograniczone zaufanie do tego co czytam, jeśli bohaterom było np. zimno, to troche przekornie przyznaje, zastanawiam się czy aby na pewno. I zgadzam się z opinią, którą gdzieś wcześniej przeczytałam na temat tej książki, bo ta myśl mi towarzyszyła podczas tej lektury- to wspaniały materiał dla zdolnego scenarzysty. Dodać trochę więcej emocji, z płaskich papierowych bohaterów ulepić żyjących i czujących ludzi i przepis na dobry film gotowy. Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym nie przyznała się że z wielkim zainteresowanie śledziłam poczynania Marielli.  No i wielki plus dla autorki że mnie jednak zaskoczyła, może nie samą fabułą ale punktem ciężkości w osobie bohaterów. Zdecydowanie warto było zarwać noc, by odkryć co się stało z piękną Rosą w dalekim Sewastopolu.

 

Autor: Katharine McMahon
Wydawnictwo: INSIGNIS
Liczba stron:432
Rok wydania:2009
Moja ocena:
czwartek, 10 grudnia 2009
PASJA ŻYCIA Irving Stone

 

 

 

Bardziej z kronikarskiego obowiązku, bo sama notka niewiele wnosi ponieważ…

 

Niestety poległam na „Pasji życia”. To znaczy gdzieś około połowy powieści już nie dałam rady i zakończyłam na razie przygodę z tą książką. Mając w pamięci wszystkie entuzjastyczne recenzje, mam ogromne podejrzenia że nie był to dla mnie czas na czytanie takiej powieści. Problemy Vicenta nakładające się na moje własne, tworzyły niebezpieczną mieszankę nie do przebrnięcia. Dziwi mnie to tym bardziej że lubię biografie, szczególnie artystów. Cóż nie tym razem.

Dlatego odpuszczę sobie krytyczne uwagi w kierunku Irvinga, które towarzyszyły mi lekturze.

13:01, martan07
Link Komentarze (1) »
wtorek, 08 grudnia 2009
Nie porzuciłam, nie zapomniałam

Nie porzuciłam, nie zapomniałam, ale życie mnie dogoniło i opuściłam na pewien czas mój blog. Bardzo mnie cieszą te nieudolne notki na temat wrażeń które mi towarzyszą. To materia tak ulotna, że ślad w postaci wpisu jest zawsze cudownym powrotem. Nie chce z tego rezygnować , choć nie ufam w tym momencie sobie i swojemu osądowi, ale to także zatrzymanie tej chwili.

Mało czytałam nie tylko z braku czasu ale braku skupienia i przełamania rzeczywistości.  Szukam emocji , nie odnajduje ich w książkach po które sięgam.  Ale poluje na nie nadal. Jak dobrze że tylu moli książkowych dzieli się wrażeniami ze swoich lektur, dzięki Wam za to.

 

Oboje szukali w książkach czegoś podniecającego, jak czynią to zawsze najlepsi czytelnicy; oboje znajdowali w wielu sławnych dziełach pretensjonalność, nudę i dezinformującą płytkość. Vladimir Nabokov, “Ada albo Żar. Kronika rodzinna”, s. 164

23:24, martan07
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4