Przewędrowałem wiele krain w poszukiwaniu utraconych ziem, z których wygnały mnie narodziny na tamtym świecie, szukając także istot mi podobnych Bernard Shaw
Kategorie: Wszystkie | Książki | Zdjęcia
RSS
środa, 11 sierpnia 2010
Marzycielka z Ostendy Eric-Emmanuel Schmitt

 

Do tej pory przemykałam obok tego autora, wiedziałam że istnieje, słyszałam że wielu jego twórczość bardzo się podoba ale osobiście nie mieliśmy przyjemności.

Dopiero książkowy kryzys  na wakacyjnym wygnaniu pozwolił mi odrobinę poznać Schmitta. I znowu powtórzyła się ta scena, gdy zaczynam pierwszą stronę książki i już wiem że ktoś pisze pięknie. Nie ważne o czym, ważne jak. A tego często mi brakuje, formy formy drodzy czytelnicy która gdzieś umyka współczesnym pisarzom.

Dlatego tak pięknie jest czytać o sprawach zwykłych w niezwykły sposób. A to z pewnością Eric- Emmanuel Schmitt potrafi. Dlatego 5 opowieści składających się na ten zbiór opowiadań, odkrywa się z prawdziwą przyjemnością. Człowiek się nie męczy ale płynie za myślą autora. Właściwie te opowiadania można spiąć  klamrą pt. kobieta z przeszłością we współczesnym świecie. I nawet ta jedna przypowieść którego bohaterem jest mężczyzna, za oś wydarzeń obrała jednak kobietę. To właśnie "Przypadkowe lektury" najbardziej podobały mi się z całej piątki. Jednak każda historia opowiadziana przez Schmitta jest warta nie tylko lektury ale także rozważnia że rzeczy niezwykłe toczą się obok nas, a ludzie zwyczajni posiadają niezwyczajne tajemnice.

Polecam jako wakacyjną lekturę, może po dniu pełnym wrażeń, te krótkie historie ukołyszą rozedrganie przebytego dnia.

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Wydawnictwo:Znak
Liczba stron:256
Rok wydania:2009
Moja ocena:

 

wtorek, 10 sierpnia 2010
Kwiat śniegu i sekretny wachlarz Lisa See

 

Po rocznej przerwie wróciłam do Lisy See. I tak jak obiecywały blogerki rzeczywiście ta powieść jest lepsza od Miłości Peonii.

Kwiat śniegu to opowieść o życiu Lili, której przyszło żyć w dziewiętnastowiecznych Chinach. Lilia podlegała prawom i zwyczajom które były standardem w ówczesnym Państwie Środka. Dzięki temu śledzimy życie kobiety praktycznie od narodzin do śmierci która całkowicie podporządkowuje się obowiązującym normom społecznym. A był to okres trudny dla kobiet ze względu na ich status bezwartościowych ludzi. W każdej rodzinie czekano tylko na synów, to oni gwarantowali dobrobyt i szczęście. Narodziny córki były problemem chyba że istniały perspektywy wydania jej dobrze za mąż. Takie szczęście spotkało Lilie, która pochodziła z niezbyt zamożnej rodziny ale dzięki staraniom matki i opatrzności losu przeznaczono jej na męża bogatego człowieka. Jednak by ta droga jej awansu społecznego była bardziej wiarygodna zaproponowano związek laotong. To wyjątkowe więzy które łączyły dwie kobiety na całe życie, ale miały także pewne podstawy prawne. I to właśnie ten związek Lilii i Kwiatu Śniegu jest osią wszystkich zdarzeń. Bo nikt na świecie nie był ważniejszy niż laotong. Przyglądamy się więc  relacją dwóch kobiet, które były sobie ogromnie bliskie, bo łączyło ich nie tylko przeznaczenia ale i wspólne odpieranie rzeczywistości tamtych lat.

Mężczyźni w tej powieści nie istnieją, tak jak prawie nie istnieli w świecie ówczesnych kobiet, choć oczywiście to oni byli kreatorami świata zewnętrznego który otaczał boahterki. Zamknięte w swych posiadłościach nie tylko ze względu na problemy w poruszaniu się na bardzo małych stopach ale i z powodu norm obowiązujących, żyły w izolacji.  Relacje pomiędzy córkami, matkami, żonami i konkubinami były istotą istnienia, były sensem każdego dnia. To odrębny świat, który wymagał nie tylko znajomości praw nim rządzących, do tego wszystkie córki były przygotowane od dzieciństwa, ale także znajomości specjalnego pisma, którym porozumiewały się pomiędzy sobą kobiety. Ten język był pomostem który pozwalał wyrazić wszystkie uczucia, rozterki, bolączki teraźniejszości, osobom które przeżywały te same radości i smutki. Dla Lilli i Kwiatu Śniegu to wachlarz zapisany tajemnym pismem kobiet staje się kroniką życia obu bohaterek które połączyła niesamowita duchowa więź. Jest także księgą wzajemnego niezrozumienia i poczucia zdrady oraz straty ukochanej osoby.

 

Wszystko co dotyczy bohaterki jest obrazem który maluje nam ilustracje tamtych czasów. I to jest najbardziej interesujące dla mnie w tej książce. Nie rozterki uczuciowe i dylematy Lili ale właśnie ta fasada zbudowane wokół niej. Jest ona tyle doskonała że bez trudu przenosimy się w tamten okres próbując zrozumieć sytuacje w której się znalazła  Filtrujemy wszystko przez zachodnią cywilizację i otrzymujemy bardzo ciekawy obraz Wschodu, który nieustannie nas fascynuje i przyciąga. To właśnie te różnice są najcenniejsze w powieści See.

 

Autor: Lisa See
Wydawnictwo:Świat Książki
Liczba stron:352
Rok wydania:2004
Moja ocena:
czwartek, 13 maja 2010
Elżbieta Cherezińska JA JESTEM HALDERD

 

 

Słucham nowej pieśni północy. Melodia prawie ta sama ale słowa zmienione, tym razem ogień je roznieca, wzburzone fale gnają przed siebie. Znowu jestem w średniowiecznej Norwegii, patrzę jednak innymi oczami, przeżywam życie wraz Halderd, to co jej pisane

A los niesie, słabych i nieudolnych rodziców, gorycz nieszczęścia i wygnania z powodu haniebnego czynu brata, bardzo wczesne małżeństwo by uwolnić się od biedy i goryczy. To jednak pozorna wolność, choć Halderd staje się żoną jarla Helgiego, jednego z 8 najmożniejszych Panów Północy, musi jednak się ugiąć . Przeznaczenie wrzuciło ją w ramiona męża prostaka, dla którego wojna oręż i alkohol są kolejnymi Bogami, a młoda żona jest pięknym dodatkiem do pozycji. Z kolei jej pozycja ciągle jest zagrożona więc musi dobrze wypełniać swe obowiązki by nie stracić łaski swego męża. Jest silna robi wszystko co nakazuje chwila: jest Panią Ynge, jest głową rodu gdy trzeba, jest kochanką na każde zawołanie, jest w końcu matką dorodnych synów. Ale czytelnik ma ten przywilej że wie, że pod tą potulną maską, jest uwięziona moc, mądrość i siła, które czekają tylko na przebudzenie. Ono nadchodzi za wcześnie, choć dobrze skrywane, w Haldard wybucha miłość do mężczyzny jej życia. To uczucie napędza już wszystko, z nim przychodzi wolność, ale dziwna i o gorzkim posmaku. Następuje przedziwny sojusz z nowym Bogiem, by mogła się liczyć w walce o dobro swych synów, całego klanu  i swego ukochanego. Chrystus kroczy obok niej ale nie razem z nią, nie podają sobie ręki.  Oto Halderd, która patrzy daleko poza czas w którym przyszło jej żyć.

Gdyby się tak zdarzyło że nie czytaliście Sagi Sigrun a sięgnięcie w pierwszej kolejności po "Ja jestem Halderd", nic straconego. Seria Północna Droga jest tak pomyślana że bez obaw można rozpocząć przygodę z prozą Elżbiety Cherezińskiej od tego właśnie miejsca. Ale ileż radości sprawia przenikania się światów dwóch kobiet, odkrywanie tego co zakryte dla Sigrun i wiedza o tym czego nidgy nie dowie się Halderd. Dlatego nie odmawiajcie sobie tej przyjemności i przeczytajcie pierwszą części cyklu bo te światy nie sposób oddzielić, choć bohaterki tak różne.

Jeśli Sigrud można porównać do spokojnie płynącego strumienia to Halderd jest rwącą rzeką. Jeśli czegokolwiek brakowało mi w Sigrud, Halderd wynagrodziła mi to. To kobieta obok której nie można przejść obojętnie; jest silna, jest mądra, przewidująca, pełna pasji. Jest wilczycą która z pozoru zimno i z rezerwą spogląda na świat, czasami uśmiecha się, pokazuje zęby, walczy o to co jej . Halderd nie chce siedzieć zamknięta w swej posiadłości, pragnie wpływać na losy otaczającej ją rzeczywistości, pogodzona jednak z każdym wyrokiem przeznaczenia jakie na nią spada. Zahartowana przez życie. Przetrwa, będzie cierpliwa, bo wie, tak jej przepowiedziano, jeden z jej synów będzie wielkim wodzem. Staje się ucieleśnienie wikinga zamkniętego w ciele kobiety, godna córka swej ziemi.

Trudno się uwolnić od porównań pomiędzy Sigrun i Halderd, przyszło im żyć w tych samych czasach, zmagać się z przeciwnościami w podobnych warunkach. Jednej i drugiej życie niosło co innego, obydwie szły z podniesioną głową, odnalazły się w tym świecie mężczyzn. Ale to moc Halderd jest siłą sprawczą zmian które poruszają światem.

 

Jestem ogromnie dumna, tak to właściwie słowo, że te powieści wyszły spod pióra polskiej autorki. Wielkie podziękowania dla p. Cherezińskiej za trud włożony w przygotowania, za świat który mi podarowała i emocje które lektura ta wywołała. Druga część serii jest dla mnie jeszcze prawdziwsza. Nic nie traci na wyrazistości szczegółów, niezmiennie narracja jest doskonała. Czekam z niecierpliwością na następną pieśń, już wiem że będzie o Einarze.

Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
Liczba stron:483
Rok wydania:2010
Moja ocena:
piątek, 11 grudnia 2009
RÓŻA SEWASTOPOLA Katharine McMahon

 

 

Czekałam na tę książkę. XIX wiek, romans, zapach prochu- wszystko mi pasuje. Tylko zawsze czai się ten chochlik w głowie, który podpowiada ze może ta Pani McMahon z tym całym dobrodziejstwem sobie nie poradzi?

 

Epoka wiktoriańska ze swymi ciasnymi gorsetami, konwenansami, dumą z brytyjskiego imperium miała także swoją odległą wojnę na której angielski żołnierz mógł się wykazać. Była możliwość zdobycia sławy a nawet orderu  lub z większym prawdopodobieństwem stania  się  inwalidą lub oddania swego życia za sprawę o której mało miało się pojęcia ale honor wymagał obecności Brytyjczyków.Wojna Krymska niewątpliwie stwarzała możliwości na zmiany.

 

Właśnie przeddzień przystąpienia do niej spoglądamy na dom Marielli Lingwood. Uporządkowanej panny, z niezbyt bogatego ale zasobnego we wszystko domu. Mariella to odbicie ówczesnej kobiety, ściśniętej w zasadach które jej wpajano od dziecka, nadwrażliwej, całkowicie podporządkowanej swojej rodzinie, obawiająca się nieznanego dla niej świata zewnętrznego, odnajdującej spokój w domowym zaciszu z igłą i nitką w ręku. Właśnie z tych powodów jej kuzynka Rosa Barr budziła w niej niepokój, strach i  fascynację. Rosa chciała nieustannie wszystko wokół siebie zmieniać, ciągle była w ruchu, wszystkiego była ciekawa, żyła ideałami. Pragnęła być przede wszystkim kobietą użyteczną dla społeczeństwa i mimo przeszkód ruszyła na wojnę by opiekować się rannymi żołnierzami.  Były to dla Marielli sprawy całkowicie niezrozumiałe, toczące się poza jej percepcją. Zapewne w ogóle nie zwracałaby uwagi na to co dzieje się na dalekim dla niej Wschodzie, gdyby jej narzeczony Henry Tawell oraz jej kuzynka Rosa nie trafili w tę zawieruchę. I to kłopoty z Henrym oraz tajemnicze zniknięcie Rosy pchnęły ją, niespodziewanie dla niej samej, na Krym.

McMahon skorzystała z okazji by całkowicie przewrócić  posegregowane z taką pieczołowitością życie młodej Angielki.  Mariella  dopiero tak daleko od domu porządkuje relacje osób jej najbliższych, zaczyna spoglądać na świat takim jakim jest.Nieustannie ściga wspomnienie Rosy, która rozpłynęła się na wzgórzach Sewastopola.

Jeśli spodziewaliście się że jest to wielkie epickie dzieło, to Was rozczaruje. W tej płaszczyźnie autorka sobie nie radzi. Niewątpliwie dobrze przestudiowane wydarzenia tamtego okresu. Odnajduje tu pewne ciekawe połączenie odpowiedzialności za klęski wojenne i  osobiste głównej bohaterki w osobie dr. Henry Tawella. To właśnie nieodpowiednie przygotowania a potem opieka medyczna w dużej mierze przyczyniła się do śmierci wielu żołnierzy podczas tamtej wojny. Niewierność tego męskiego ideału, jakim był dla Rosy Henry, pcha ją do czynów wykraczających poza przyjęte konwenanse.

Ta powieść jest po trosze jak jej główna bohaterka, toczącą się opowieścią niczego głębiej nie dotykającą. McMahon nie wykorzystała także możliwości realistycznego tła dla swoich postaci. Miałam ograniczone zaufanie do tego co czytam, jeśli bohaterom było np. zimno, to troche przekornie przyznaje, zastanawiam się czy aby na pewno. I zgadzam się z opinią, którą gdzieś wcześniej przeczytałam na temat tej książki, bo ta myśl mi towarzyszyła podczas tej lektury- to wspaniały materiał dla zdolnego scenarzysty. Dodać trochę więcej emocji, z płaskich papierowych bohaterów ulepić żyjących i czujących ludzi i przepis na dobry film gotowy. Byłabym jednak niesprawiedliwa, gdybym nie przyznała się że z wielkim zainteresowanie śledziłam poczynania Marielli.  No i wielki plus dla autorki że mnie jednak zaskoczyła, może nie samą fabułą ale punktem ciężkości w osobie bohaterów. Zdecydowanie warto było zarwać noc, by odkryć co się stało z piękną Rosą w dalekim Sewastopolu.

 

Autor: Katharine McMahon
Wydawnictwo: INSIGNIS
Liczba stron:432
Rok wydania:2009
Moja ocena:
wtorek, 04 sierpnia 2009
BALTAZAR I BLIMUNDA Jose Saramago

 

To moja pierwsza lektura obejmująca Projekt Nobliści, ale tak naprawdę inspiracją do sięgnięcia właśnie po ten tytuł była ta recenzja na blogu Buvljak

Przez całą książkę musiałam siebie samą upominać „To nie średniowiecze, to XVIII wiek”. Wyobraźnia jednak płatała mi figla a Saramago nie pomagał i mentalnie kierował w wieki dawne.

Portugalska rodzina królewska z niecierpliwością oczekuje potomka. Król w tej intencji składa śluby dotyczące wybudowaniu klasztoru i katedry jeśli Bóg pobłogosławi go potomstwem. Osiem miesięcy później na świat przychodzi księżniczka Maria Barbara i to za jej sprawą rusza budowa największej świątyni w Portugalii. Wydarzenie jakim jest wznoszenie katedry w Mafrze, jest częścią składową życia wszystkich obywateli. Jeśli nawet osobiście nie odczuwają trudów pracy, to przedsięwzięcie jest tak duże, że finansowo państwo staje się niewydolne.

Baltazar, jest jednym z tysięcy robotników pracujących przy wznoszeniu monumentalnej budowli. Wraz z Blimundą mieszkają w Mafrze. Ich zwyczajne z pozoru życie, cementuje nadzwyczajny związek oraz tajemnica budowy maszyny latającej. Ksiądz Wawrzyniec zaszczepił w nich entuzjazm związany z lataniem, udzielił niezbędnych rad jak maszyna ma wyglądać i w trójkę próbują powołać do życia „Latającego ptaka”. Ale nie jest prosto budować maszynę unoszącą się w przestworza jeśli jest się pionierem latania, a dodatkowo w każdej chwili można znaleźć się w centrum zainteresowania inkwizycji.

 

Niewątpliwie głównym bohaterem tej powieści jest katedra, to ona implikuje większość zdarzeń dotyczących wiodących postaci, jeśli nie bezpośrednio to staje się ich tłem. Może właśnie wątki dotyczące katedry i klasztoru, wszechobecnej w powieści religii, jakiejś totalnej niemocy społeczeństwa, szalejącej inkwizycji , wszechwładzy króla, spychały moją świadomość w średniowiecze. Myślę że jednak nie zmieniało to mojego odbioru głównych myśli autora.

 

Saramago stawia naprzeciw siebie dwie odmienne pary: królewską i tytułowych bohaterów. Ale jakże różne jest życie i ciele tych ludzi. Król Jan V bogaty rozkapryszony, rozpustny i nieobliczalny w swoich zachciankach i jego żona pobożna, poddająca się biegowi wydarzeń kobieta z zimnego kraju. Celem dla nich w życiu jest wypełnienie swych królewskich obowiązków, ceremoniałów, żyją jednak nie ze sobą ale obok siebie. Chciałoby się wprost napisać, bogaci ale nieszczęśliwi.

Zupełnie inny związek jest pomiędzy Baltazarem i Blimundą. To prawda że ubodzy, to prawda że doświadczeni przez los, On stracił rękę na wojnie, Ona żyje z piętnem córki czarownicy, ale mają siebie. Nie tylko rozumieją się bez słów, nie tylko ich uczucie trwa niezmiennie wiele lat, ale są zjednoczeni w swoich marzeniach o latającej maszynie.

Saramago jest pisarzem który oczekuje od czytelnika uwagi. Nie można śledzić tej powieści, rozpraszając się co chwila. Brak wyodrębnionych dialogów, czyli obecność ich w ciągłym tekście, zmusza do zwiększonej czujności podczas lektury. Także pojawiające się liczne dygresje i dygresje od dygresji, a pomiędzy nimi rozważania natury filozoficznej, mogą wybić z głównego wątku. Jednak skupienie uwagi, podążanie za myślą autora, jest jak najbardziej wynagrodzone wieloma bardzo udanymi opisami, przemyśleniami, spostrzeżeniami. To co zrobiło na mnie duże wrażenie to sposób narracji: z rezerwą, ironiczny, a jednocześnie dotykający najważniejszych spraw. Jedną z nich jest obecność kleru i Boga, w życiu Portugalczyków. Autor sięga po przerysowania i karykaturę tego co się dzieje wokół religii. Początkowo jest to nawet zabawne, w miarę przewracania następnych kartek, staje się jasne że pisarz ma na tym punkcie po prostu lekką paranoję

Nie zmienia to faktu że „Baltazar i Blimunda” są lekturą wartą przeczytania, zebrania kilku myśli natury uniwersalnej, zastanowienia się nad naszym własnym żywotem, i nad tym jak wiele w naszym życiu zależy od tak niewielu.

 

Album z fotografiami Katedry w Mafrze

Autor: Jose Saramago
Wydawnictwo:Wydawniczy REBIS
Liczba stron:310
Rok wydania:1999
Moja ocena:
środa, 22 lipca 2009
DOM NA KRAŃCU ŚWIATA Michael Cunningham

 

Mogłam się spodziewać, że literatura które oferuje Cunningham spodoba mi się. Znałam do tej pory „Godziny” i to o zgrozo tylko w wersji filmowej. Obraz bardzo mi się podoba ale zwlekałam z przeczytaniem książki. Przypadek sprawił że to „Dom na krańcu świata” był moim pierwszym spotkaniem z tym autorem.

 

Na historię opowiedzianą w tej książce spoglądamy oczami czterech narratorów. Jonathana- odrobinę przewrażliwionego, inteligentnego chłopaka, żyjącego z nieustająco obawą przed stałym związkiem. Clare- ekscentrycznej trzydziestoparolatki, z powiewem hipisowskiej przeszłości w jej zagmatwanym świecie. Bobbiego- poszukiwacza bezpiecznego domu, wiecznie nieobecnego na granicy rzeczywistości i metafizyki. Oraz Alice, która jest matką Jonathana, kobiety niespełnionej w swoim małżeństwie , obawiającej się wolności.

Co łączy te wszystkie osoby? Skomplikowane relacje które poznajemy na przestrzeni kilkunastu lat. Towarzyszymy nastoletniemu Bobiemu i Jonathanowi w okresie kiedy się poznają. Ich dojrzewanie, wzajemną fascynację możemy oglądać nie tyko z ich własnej perspektywy, ale także obecnej w ich życiu Alice. To daje czytelnikowi niezwykły wgląd w zmiany które zachodzą w bohaterach. Dom rodzinny Bobbiego, prawie nie istnieje, dlatego w niepostrzeżenie dla wszystkich, staje się nim rodzina Jonathana.. Wtapia się w nią by wreszcie zamieszkać na stałe. Przebywa w nim długo, dużo dłużej niż prawowity syn Alice, który wyjeżdża do collegu a potem układa sobie życie w Nowym Yorku. Ta nowa rodzina jednak po latach rozpada się. Alice ze względu na stan zdrowia swojego męża przenosi się do innego Stanu. Opuszczony Bobby szuka wsparcia u Jonathana, rusza do Nowego Yorku.

Jonathanowi wydaje się że poukładał swoje dorosłe życie. Ma dobrą pracę, uciech cielesnych dostarczają mu przygodni spotkani mężczyźni, a stabilizację emocjonalną zapewnia mu Clare, z którą wiąże go niezwykłe duchowe porozumienie. Pojawienie się Bobbiego wprowadza napięcie w małe mieszkanko na Manhatanie. Powstaje trójkąt o przedziwnych relacjach. Clare jest zakochana w Jonathanie , uwodzi Bobbiego , który ją fascynuje ale i staje się uzupełnienie jej przyjaciela. Jonathan jest zazdrosny o Clare, a także czego nie może przyznać przed samym sobą o Bobbiego. Sam Bobby jest najmniej skomplikowaną osobowością , a może najbardziej, kocha z równą siłą i Jonathana i Clare. Uffff. To nie dające się wtłoczyć w żadne schematy trio, podejmuje próbę uporządkowania zagmatwanych relacji i stworzenia prawdziwego domu.

 

Michael Cunningham łamiąc wszelkie schematy dotyczące rodziny, nie chce szokować swoich czytelników. Stawia za to mnóstwo pytań: czym jest tak naprawdę rodzina, kto ją może stworzyć? Czy bycie szczęśliwym razem, jest warte ceny odsunięcia poza nawias społeczny? Czy jesteśmy na tyle silni by dokonywać właściwych wyborów? Czy współczesne społeczeństwo, a raczej społeczeństwo wysoko uprzemysłowione, wyzbyło się wszelkich norm dotyczących tworzenia rodzinnego domu? Czy wprost przeciwnie mamy doczynienia z powrotem wartości rodzinnych ale może na innych zasadach?

Książka wciąga w wir myśli i uczuć czwórki narratorów. Jesteśmy wewnątrz nich jesteśmy obok nich , a wszystko poprowadzone ręką mistrza. Bardzo podobało mi się jak autor kreśli uczucia jak eksponuje wszelkie radości i obawy związane z poszukiwaniem swego miejsca na ziemi. Pomimo tego, nie ma jakiegoś zadęcia, książkę czyta się z zadziwiająco szybko, lecz obrazy , słowa, myśli – pozostają.

To dziwne ale po skończonej lekturze pomyślałam, że dla mnie mogłaby istnieć tylko pierwsza część, byłaby to opowieść doskonała. Jakaś tajemnica snuje się w początku tej powieści. Podróż do Nowego Yorku lekko mnie przytłoczyła. To nie znaczy, że powieść od tego miejsca była nieciekawa ale wyraźnie inna.

 

 

 

Obejrzałam także ekranizację. Najlepszym określeniem będzie; ciut rozczarowująca. Scenariusz co prawda napisał sam Michael Cunningham, ale zabrakło tego co najpiękniejsze w tej książce, anatomii uczuć i odczuć. Jeszcze raz X muza nie obroniła się. Książkę uważam za dzieło zdecydowanie lepsze. Za to Collin Farrel w roli Bobbiego rewalacyjny, dokładnie tak sobie wyobrażałam tę postać, wiecznie nieobecną, trochę nieśmiałą, zawieszoną gdzieś pomiędzy tu i tam. I właściwie jedynie dla tej roli warto sięgnąć po ten film.



Autor:Michael Cunningham
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron:428
Rok wydania: 2003
Moja ocena:
niedziela, 19 lipca 2009
MIŁOŚĆ PEONII Lisa See

 

 

Z wielkim entuzjazmem sięgnęłam po tę książkę. Temat od początku wydawał mi się wielce ekscytujący; miłość sięgająca poza ramy życia, a wszystko zawieszone w XVII-wiecznych Chinach.

Cały pomysł powieści Lisa See oparła na  „Pawilonie Peonii” XVI-wiecznej operze. Nie był to jednak zwykły utwór, a dzieło kultowe wywierające niepokojący wpływ na młode dziewczęta. Siła jego była tak wielka, że wzorując się na bohaterce opery, nastolatki pragnęły tak jak ona, umierać z miłości. Dlatego też w wiek później, zabroniono druku i upowszechniania „Pawilonu Peonii”. Owoc zakazany smakuje jednak najlepiej, a brak dostępu do niego rozpalał wyobraźnie czytelniczek.

 

Tytułową Peonię poznajemy w dniu w którym słucha opery. „Pawilon Peonii” zna i kocha ale po raz pierwszy słowo pisane ogląda w wykonaniu aktorów. To nie tylko dzień uniesień i spełnienia marzeń ujrzenia tego utworu, to także dzień spotkania z miłością swego życia. Młody poeta staje się źródłem westchnień 16- letniej Peonii. Jej radość z tego uczucia jest tym większa, bo ukochany odwzajemnia tą miłość. Od tego momentu, młoda dziewczyna dzieli swoje życie pomiędzy dalszym studiowaniem opery oraz rozmyślaniem nad swym uczuciem do poety. Obok, prawie niezauważalnie dla niej samej, toczą się przygotowania do jej ślubu. Jak każda kobieta z dobrego domu, od dawna ma już wybranego męża. Nie zna go, ale jako dobra córka akceptuje wybór rodziców. Peonia poddaje się bezwolnie temu wszystkiemu, powoli umierając z miłości do ukochanego. Kilka dni przed datą ślubu odchodzi ze świata żywych, wkracza w świat duchów by tam z zaskoczeniem i przerażeniem stwierdzić, rzecz przed nią wcześniej zakrytą; przeznaczonym na jej męża mężczyzną był ów poeta którego tak kochała. Czy jako duch będzie miała możliwość zmiany losów jej i jej najbliższych? Towarzyszymy Peonii w  nieustannym przenikaniu się świata żywych i umarłych, świata duchowego i realnego.

 

Czuje jednak rozczarowanie, rozwiązaniem tematu oraz poprowadzeniem narracji. To prawda że zalała mnie fala informacji na temat świata duchów w dawnych Chinach. Fala miejscami jednak była za wysoka i miałam problem z uporządkowaniem tej ogromniej wiedzy. Może to towarzyszące czytaniu upały, problemy ze skupieniem uwagi, brak wartkości akcji i jej przewidywalność, z kartki na kartkę zniechęcały mnie do lektury. Nie wywiązała się między mną a Peonią żadna nić porozumienia. Wydawała mi się od początku naiwną, egoistyczną osobą, która tak kieruje swoim i cudzym życiem by wypełnić je kolejnymi aktami żywcem wyjętymi z jej ukochanej opery. I to nawet miejscami stawało się większym priorytetem niż miłość do ukochanego poety. Ta dziewczyna mimo upływających lat niewiele się zmieniała i uczyła.

Co innego przykuło moją uwagę w tej opowieści. Przede wszystkim chęć zaistnienia na drodze artystycznej kobiet. Czas przebudzenia się tych wszystkich matek, córek, kochanek i konkubin, poprzez utwory poetyckie, komentarze do wielkich dzieł. To one, kobiety z wyższych sfer, zamknięte w swych wielkich posiadłościach- autonomicznych państwach których nigdy nie opuszczały, czuły, kochały i cierpiały. Odkrywały ze te uczucia można zamknąć w słowie, które może ulecieć z tych złotych klatek. Nigdy nie były wolne, całkowicie uzależnione od mężczyzna, a dodatkowo jako klasa uprzywilejowane miały od małego krępowane stopy, bo taki był kanon ówczesnego piękna. Ta ułomność uniemożliwiała praktyczne samodzielne poruszanie się. Wolność odnalazły właśnie w literaturze. W XVII nastąpiła fala utworów publikowanych przez kobiety, nie tylko na potrzeby rodzin, ale trafiały one także do szerszego grona czytelników. Zagadnienie to jest marginalne dla całej powieści ale bardzo interesujące w aspekcie społecznym.

 

„Miłość peonii” zmusiła mnie także do refleksji na temat anoreksji. To była przypadłość na którą umarła sama Peonia oraz jak można podejrzewać wiele młodych dziewczyn ówcześnie żyjących. Poetycko nazwana „Chorobą miłości” budziła strach i ogromny smutek u najbliższych. Problem musiał przybierać na sile, bo wiele wzmianek w ówczesnych kronikach donosiło o tym niepokojącym zjawisku.O tym że anoreksja nie jest chorobą nową, ale dotykała młode dziewczęta i kobiety już od setek lat wiedziałam wcześniej. W średniowieczu pod zasłoną pokutnych głodówek odchodziły z tego świata uświęcone dziewice. W historycznym aspekcie anoreksji zawsze przywołuje postać Klementyny Sobieskiej, wnuczki naszego króla Jana. Źródła podają że jadła mało lub w ogóle, żyjąc praktycznie samą wodą. Umarła z niedożywienia. Wcześniej jednak wydała na świat dwóch synów, i jeden z nich Karol Stuart, odegrał nie małą rolę w historycznych zawieruchach Europy. Mam jednak nadzieję, że pomimo tego że nadal bardzo trudno leczyć tą straszna choroby, wiemy o niej więcej, co pozwala nam uratować choć część młodych istnień.

 

Nie chce nikogo zniechęcać do tej powieści, bo pewnie nie zasługuje ona na to. Przekonajcie się sami czy „Miłość Peonii” Was porwie, mnie ledwie musnęła swoim skrzydłem, a to za mało.

Na półce czeka następna powieść Lisy See „ Kwiat śniegu i sekretny wachlarz”. Chyba jednak muszę zrobić pauzę, wejść w inne światy by powrócić z nowymi siłami do bohaterów Lisy See.

 

Autor: Lisa See
Wydawnictwo:Świat Książki
Liczba stron:400
Rok wydania: 2007
Moja ocena:
piątek, 17 lipca 2009
PRZYPADKOWY MĘŻCZYZNA Philippe Besson

 

 

Jeśli poszukujecie prawdziwej recenzji tej książki zapraszam na blog Germini.

To moje 6-ste spotkanie z Bessonem.

 

 

„Chciałem wszystko zachować dla siebie, ale czuje, że to niemożliwe, i z całą pewnością jest pan tym, prawdopodobnie jedynym, komu mogę to powiedzieć”

„Pod nieobecność mężczyzn” F. Besson

Znowu Pan czaruje, Panie Besson, wszystkie te słowa których nie można się wyprzeć, poezja prozą. Pan o tym wie.

Ależ pięknie, szczególnie pierwszy raz, zanurzyć się w tym powtórzeniu. To jest jak słuchanie opowieści którego koniec i bohaterów znam ale bajarz za każdym razem dodaje coś nowego, czasami gubi rytm i rym opowiadając ponownie, historię miłości

Mrużę oczy, uśmiecham się, Pan znowu o tym 16-latku co ucieka z domu. Musiał Pan przywołać jego obraz, bo inaczej historia nie byłaby uświęcona. Ma Pan obsesję, wie Pan? Ja kocham jednak tą przypadłość, dzięki niej spotkaliśmy się.

To nic że wszystko znajome, z niecierpliwością przewracam kartki, nie nudzi Pan. Muszę odczytać wszystko co się znajduje pomiędzy gestami, spojrzeniami i ciszą. To nie są zmarnowane, ale słowa poszukiwane.

Prowadzi Pan jakąś dziwną terapię z milionami. Przynosi ukojenie? Jest Pan w tym wszystkim taki niepocieszony ....

Czy zdaje sobie Pan sprawę, że niedługo zostanie Pan ukamienowany? Nie, bynajmniej nie za tą grzeszną miłość, może przez niektórych, ale to nie ten czas. Piszą, że jest Pan wtórny, nic nowego nie daje. Nie będę Pana bronić, tak właśnie jest .Polecą więc kamienie, Pan ciągle opowiada tą samą historię. Zabija Pan tę miłość. Pastwi się nad nią by się przeglądała w cierpieniu i śmierci. Może Pan już to wie? Najpiękniej jej w ostatecznościach, zwyczajność ją rozcieńcza. To dlatego.

- Czy wolałaby Pani gdybym już więcej nic nie napisał

Nie, nie niech Pan nie przerywa...

„Zapewniam go, że zupełnie nie znam tego języka, tak więc może mówić śmiało, bez obawy że go wyśmieję. Prowadzi zatem dalej ten swój dziwny monolog, mówi coraz płynniej, pewniej. Nadstawiam ucha, udając, że wsłuchuje się w cichą muzykę, nie rozumiejąc słów, jakby to była piosenka w obcymi mi języku. A potem słowa zaczynają płynąć wolniej, jakby nabrały uroczystego charakteru. Słowa, które Jack wypowiada, to słowa miłości i jest to dla mnie prawdziwie wstrząsające. Nic nie odpowiadam. Nie mam co odpowiadać, skoro rzekomo nie rozumiem”

„Przypadkowy mężczyzna” F. Besson

 

Autor:Philippe Besson
Wydawnictwo:MUZA
Seria:Kalejdoskop
Liczba stron:192
Rok wydania:2009
środa, 15 lipca 2009
SAGA SIGRUN Elżbieta Cherezińska

Moja historia książki „Sagę Sigrun” odkryłam na blogu be.el. Dziękuje za te słowa, to one pozwoliły mi ją odnaleźć

Rozstaje się z Sigrun z żalem, żalem kończącej się opowieści którą snuła nieśpiesznie. To była pieśń o jej życiu, które zaczynało się i kończyło na miłości.  Przeniosła mnie w zielono-granatowe fiordy, w zimne polarne noce i długie letnie dni. Towarzyszyłam Sigrun od momentu kiedy opuszczała dom rodziców by wyjść za mąż i udać się do Nemsen, osady męża. Spoglądałam jej oczami na świat wikingów który ją otaczał, na zwyczaje, legendy i prawa nim rządzące. Próbuje zrozumieć wraz z nią jak powinna postępować żona jarla, jednego z 8 najważniejszych Panów Północy. Gdzie jest miejsce kobiety w tym świecie mężczyzn, jaką ma rolę do wypełnienia. I co los jej przeznaczył.

Życie Wikingów było naznaczone walką, wyprawami morskimi, długą nieobecnością w domu. Życie Sigrun to przypływy i odpływy związane z tym odwiecznym rytmem. Przypływami są powroty jej ukochanego męża Regina. Falami pożądania które oblewają obojga. Poczuciem bezpieczeństwa które daje obecność mężczyzny u boku, oglądanie nieznanych krain jego oczami. Dzieleniem się troskami dnia codziennego, z tym z którym połączył ją los. Odpływami, jego wielomiesięczne nieobecności, naznaczone nieustającymi tęsknotą i obawą o niego. To są te wszystkie chwile, gdy to ona staje się najważniejsze w Nemsem, cały trud zarządzania domem i ziemiami spada na jej barki. Choć serce się buntuje przed takim porządkiem rzeczy, rozum podpowiada że taki los spotyka wszystkie kobiety żyjące w tych zimnych krainach bez względu na status społeczny. To jest cena którą płacą za trwanie przy boku odważnych, dumnych i nieugiętych mężczyzn .Wojów dla których największym honorem jest śmierć uświęcona w walce.

 

Elżbieta Cherezińska zasługuje na wielkie uznanie. Stworzyła nie tylko powieść napisaną pięknym językiem z barwnymi postaciami, ale przeniosła czytelnika w świat średniowiecznej Norwegii kreśląc z pietyzmem wszystkie aspekty historyczne, kulturowe i religijne. Ten trud w przygotowanie tła dla swoich bohaterów opłacił się, otrzymaliśmy obraz pełny. Pomimo dzielących nas tysiąca lat, tak dla nas bliski.Jest on na tyle realny że z łatwością,  możemy identyfikować się z radościami i obawami Sigrun. Tęsknota, lęk o najbliższych, zazdrość, poczucie osamotnienia, ból utraty tych których kochamy. To wszystko trwa, nic się nie zmienia, tylko scenografia wokół nas jest wymieniana.

Polecam tę książkę wszystkim którzy kochające zimny skandynawskie klimaty, wszystkim których pociąga średniowiecze, wszystkim których interesuje starcie się Bogów, tych starych którzy byli czczeni od wieków i tego nowego który przybywa do brzegów Norwegii u progu nowego tysiąclecia. To także źródło wiedzy na temat Wikingów praw i zwyczajów które nimi kierowały, ich historycznych uwarunkowań. To przede wszystkim książka dla wszystkich którzy chcą posłuchać sagi o pięknej, dumnej, zahartowanej przez życie kobiecie. Sigrun  córce Apalvadra, żonie Regina, matce Bjorna i Gudrunn.

Mam nadzieje że moje rozstanie z Sigrun oraz jej rodziną nie będzie zbyt długie. W przygotowaniu następna część cyklu tworzonego przez Elżbietę Cherezińską „Północna Droga”. Jej tytuł brzmi „Ja jestem Halderd”.

Autor: Elżbieta Cherezińska
Wydawnictwo: ZYSK I S-KA
Liczba stron:406
Rok wydania:2009
Moja ocena:
czwartek, 09 lipca 2009
KRÓL Z ŻELAZA Maurice Druon

Ten cykl „ Królowie Przeklęci” nęcił mnie już od dawna. Uwielbiam średniowiecze i wszelkie informacje na jego temat. Książki Druona są zawsze wymieniane jako obowiązkowe w edukacji o tamtym okresie. Cykl siedmiu powieści obejmuje lata 1314-1342. Traf graniczący z cudem pozwolił mi w mojej bibliotece zdobyć pierwszy tom, który nosi tytuł „Król z żelaza”

 

Tytułowy król to Filip IV Piękny, który rządził Francją przeszło 29 lat. Jego silna ręka pozwoliła umocnić kraj , wzrosło także znaczenie tego państwa w sprawach kościoła, tak istotnych w tamtym okresie. Powieść Druona przybliża nam otoczenie oraz rodzinę króla, u schyłku jego życia. Wydaje się że wszystko toczy się zgodnie z wolą władcy, Francja jest silna, Templariusze zostali zniszczeni a ich dobra przejęte, ma trzech synów gwarantujących ciągłość dynastii. Jego córka Izabela jest królową Anglii. Wielki mistrz templariuszy po długoletnim więzieniu zostaje stracony. W godzinę śmierci przeklina swoich katów: papieża i rodzinę królewską. Od tego momentu wielkie mocarstwo zaczyna się chwiać w posadach. Dwór dotykają intrygi i spiski. Wybucha skandal, dwie synowe króla. Małgorzata i Blanka, zostają oskarżone o cudzołóstwo, trzecia z nich Joanna o współudział. Miesiąc po męczeńskiej śmierci wielkiego mistrza żegna się z życiem papież Klemens, dwa miesiące potem kat Nogaret. Strach zagląda do serca króla, zaczyna z trwogą spoglądać na dzieło swojego życia i zadaje sobie pytanie czy klątwa kładzie się cieniem także na jego rodzinę.

 

FILIP IV PIĘKNY

 

Druonowi udała się dość trudna sztuka, wypełnić w sposób interesujący luki historyczne których oficjalne dokumenty nam nie dostarczają. Nie jest to może powieść najwyższym lotów, lecz w przystępny sposób podana lekcja historii. Postacie są jednopłaszczyznowe, tak by u czytelnika nie budziły wątpliwości ich poczynania. To książka dla wszystkich którzy chcą pogłębić swoją wiedzę obejmujący okres rządów Kapetyngów, niekoniecznie ślęcząc nad datami i suchymi faktami. Za powieść daje ledwie 3 gwiazdki ale za przekaz historyczny dodaje jeszcze jedną.

Z radością odkryłam ,że córka Filipa Pięknego, Izabela była tą królową która wspierała Williama Walleca w jego walce. Zawsze miło odnaleźć jakieś powiązania szkockie. Chodź sama Izabela jest raczej surowo oceniona przez historię a w „Królu z Żelaza” jawi nam się jako główna inicjatorka skazania swoich szwagierek. Może sobie filmowo tę postać przypominacie? W filmie „Braveheart” grała ją Sophie Marceau

Z zainteresowaniem będę śledzić dalsze losy "Królów Przeklętych" o czym na pewno tutaj doniosę.

Autor: Maurice Druon
Wydawnictwo:Muza S.a
Liczba stron:312
Rok wydania:2001
Moja ocena:

 

 
1 , 2